15 gru 2014

Sąsiadka fajna babka

Powiem szczerze, że od jakiegoś czasu, albo inaczej - już wielokrotnie czaiłam się na naszą sąsiadkę.  Jak to brzmi... Co najmniej jakbym chciała ją przyatakować! No i w końcu ją przyatakowałam. Może nie dosłownie, ale cieszę się, że w końcu odważyłam się poprosić ją o pomoc. Okazała się super babeczką!




Zacznę od tego, że późna jesień i zima to tragiczny okres jeśli chodzi o wychodzenie z dziećmi z domu. W szczególności jeśli jest ich więcej niż jedno. Jeśli mówić o wychodzeniu stricte na spacer, to nie widzę żadnego problemu, bo przecież nie spieszy nam się, ale wychodzenie rano do przedszkola i z powrotem, to koszmar!

Jak wygląda koszmar?
Rano szykujemy się. Ja do pracy, Aurelka do przedszkola, Borys z nami. Biorę prysznic, myję zęby, ubieram się, myję A, myję jej zęby, szykuję jej ubranie. Na szczęście ubiera się sama, ja tylko zakładam jej czapkę i komin, coby włosy spod tej czapki później normalnie wyglądały. W tym samym czasie co A się ubiera budzę B. Jak na dziecko po nocy przystało jest zły, że go obudzono i głodny i zły, że jest głodny i się zaczyna! Przewijanie, przebieranie, kombinezon, czapka, chustka, rękawiczki, buty, krem do buzi... A wszystko to przy akompaniamencie jakże przyjemnej dla uszu muzyki - płaczu, lub ewentualnie darcia się!
Dlaczego płacze? Bo go obudziłam, bo lubi spać do 9tej. Bo go przewijam, i ubieram, i pakuję w nosidło zamiast dać pierś i nakarmić małego głodomora. I takiego głodnego ja - wyrodna matka zabieram z domu na nieprzyjemne warunki atmosferyczne, żeby po dwóch minutach na zimnie wejść do gorącego przedszkola. Czekać aż Aurelka się rozbierze, w tym czasie się zgrzać (rano nie chce współpracować i trochę się schodzi zanim sama to zrobi)  i nawrót do domu. Potem jeszcze karmienie i time out i do pracy.  
A dlaczego nie biorę synka najedzonego? Brałam! Jak był mały (to zabrzmiało jakby już duży był :D) to go brałam po karmieniu, ale teraz ilekroć wezmę go najedzonego, to cała zawartość jego małego, żołądka ląduje na mnie, na nim i na wszystkim wokoło.

Brzmi znajomo? Sądzę, że osób w podobnej sytuacji jest multum. Jak to by wykombinować, żeby nie było takich niemiłych i dla mnie i dla niego przygód? Przecież babcia przyjeżdża do Boryska dopiero jak Aurelia zjada już w przedszkolu śniadanie! Aha! I tu zaświtał w mojej głowie genialny pomysł, żeby poprosić o pomoc kogoś jeszcze. I tu padło na tą moją sąsiadkę z dołu. Mgła na dworze była bardzo gęsta tego ranka, oprócz tego temperatura powietrza też nie była zbyt przyjazna dla maluszka, poza tym tak słodko spał, że bez wahania się zgodziła i zaczekała z nim, żebym sama zaprowadziła A do przedszkola. Nie było mnie łącznie 6 minut, B dalej spał jak wróciłam. Teraz mogłam na spokojnie go obudzić i od razu nakarmić, tak żeby od rana był w dobrym nastroju. Na kilka minut przed moim wyjściem do pracy, gdy wciąż czekałam na moją mamę, owa sąsiadka zapukała i zaproponowała, że może tak przychodzić codziennie, dopóki trzeba go grubo ubierać. Bo rozumie, że pogoda nie taka, ubieranie uciążliwe i ten płacz... Bo jest fajną babką. 
Tylko jak ja się jej odwdzięczę? Może jakieś pomysły? Ktoś? Coś?

2 komentarze:

  1. Super, taka sąsiadka to skarb:)
    Może jakaś kawka, ciacho?
    Niezobowiązująco, albo jeżeli jej coś będzie trzeba zaproponować zakupy, czy podwiezienie gdzieś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś trzeba będzie wykombinować! Jak coś wymyślę to napiszę ;)

      Usuń