19 lis 2014

Zaufanie ograniczone

Jak to się nazywa na drodze? Ograniczone zaufanie? Tak. A w życiu? O takim właśnie zaufaniu chciałabym napisać. Bynajmniej nie chodzi mi o związki, ani nawet o nasze zaufanie do dzieci, lecz do obcych ludzi lub względnie znanych nam osób. Przytoczę tutaj pokrótce dwie historie, które przydarzyły mi się w ciągu ostatnich kilku dni. Pominę kilka innych rozmów z klientami w pracy gdzie w ciągu 10 minut rozmowy na temat wad wzroku lub nowych soczewek fotochromowych klienci owi zeszli na temat swojego życia i niekiedy wyżalili się ze swoich problemów czy trosk.


Rozpocznę od piątkowej rozmowy z pewnym chłopcem, którego nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. 

 Po kilku dosłownie sekundach rozmowy dowiedziałam się, że ma 11 lat, jak się nazywa i gdzie mieszka. Opowiedział mi chociaż wcale nie pytałam kilka szczegółów swojego życia i to co i gdzie robi po szkole. Wystarczyło mu, że mówię jego mamie dzień dobry, ażeby mi zaufał. Przy tej rozmowie jego mamy nie było, poszła dalej. Zaszedł tak z ciekawości pooglądać oprawki a opowiedział o sobie. Dzisiaj był drugi raz. Zaufał mi, osobie, której nie zna i nawet nie wie jak się chociażby nazywam. Nie jestem złym człowiekiem, nic od niego nie chcę, nie zrobię mu krzywdy, ale na Boga nie zna mnie. Równie dobrze mógłby trafić na kogoś kto chciałby go zmanipulować i nie byłoby to trudne. Jeżeli to się jeszcze raz powtórzy to wierzcie mi, ale nie będę rozmawiać z jego mamą na ten temat, ale sama dopilnuję i porozmawiam z nim, żeby zrozumiał, że robi źle. Rodzice, opiekunowie, dziadkowie, nauczyciele! Uczulajcie dzieci, że takie postępowanie może się źle skończyć, że nie należy w ogóle rozmawiać z obcymi a tym bardziej się przed nimi otwierać. Ja swojej córci wpajam to od małego i niemal powtarzam jak jakąś mantrę. Fakt skutkowało to tym, że po przeprowadzce przez przynajmniej pierwsze pół roku nie mówiła sąsiadom nawet dzień dobry, ale lepiej w tę aniżeli w drugą stronę.

Druga sytuacja, zgoła odmienna, bo to niby ktoś mi zupełnie nieznany ode mnie oczekiwał bezgranicznego zaufania. Wydarzyło się to pod przedszkolem, a w zasadzie zaczęło się jeszcze w trakcie mojego porannego wychodzenia z przedszkola. Sytuacja ma się tak, że codziennie rano zaprowadzam A do przedszkola i biorę ze sobą malucha, bo nie mam go z kim zostawić. Ubieram go ciepło, żeby mu rączki i nóżki nie marzły, pakuję w Tulę i wyruszam (Dla niewtajemniczonych o Tuli). Nie wiem czy nawet gdyby miał kto z nim zostać,to czy zostawiałabym go w dom (nie wiem może jakby była śnieżyca -20 stopni?), gdyż jest to dodatkowy czas razem. I tak wychodzę z nim z tego przedszkola wtulonym we mnie. Drzwi przytrzymuje mi kobieta i pyta (wiele osób tak pyta): "Nie zimno mu tak? Tak rano wyciągać z łóżeczka... Nie może zostawać rano w domu?" Chcąc nie chcąc rzucam na odczepne, bo nie zamierzam się tłumaczyć, że nie ma z kim. I tu się zaczyna! Kobieta mówi, że ona może mi przychodzić rano i z nim zostawać na czas jak odprowadzam starsze dziecko do tego przedszkola, bo jej to nie robi różnicy jak 15 minut później do domu wróci.
Ni stąd ni zowąd człowiek, o którego istnieniu nie miałam pojęcia proponuje mi układ, w który ja miałabym wpuścić go do mojego domu i oddać pod opiekę moje dziecię! 
To jest zadziwiające jak inny człowiek, który sam jest rodzicem może wpaść na tak genialny pomysł. Przecież żaden rozważny człowiek nie zaryzykowałby wszystkiego, a przynajmniej ja nie zaryzykowałabym wszystkiego co dla mnie najważniejsze z czystego wygodnictwa. Już miałam ochotę zapytać tę kobietę czy swoje dziecko uczy takiego zaufania do obcych jakiego wymaga ode mnie, ale ugryzłam się już w język.

Zaufanie? Troska i miłość do moich dzieci jest silniejsza. Czuję, że moje dzieci są przy mnie i mojej rodzinie bezpieczne. Do innych zaufanie mam ograniczone. 
A Wy? Jak przestrzegacie swoje dzieci? Jak zareagowalibyście na takie sytuacje? Może sami przeżyliście kiedyś podobną historię?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz