31 paź 2014

Historie okołoporodowe

Prolog

Moje obydwie ciąże przebiegały bez komplikacji. Miewałam zachcianki i tzw. humorki, ale to mam i nie będąc w stanie błogosławionym. Ominęły mnie mdłości, anemia, cukrzyca itp. dziadostwa. Za to dowiedziałam się co to zgaga i bóle krzyżowe, które pojawiały się pod koniec każdej z ciąż i uniemożliwiały skuteczne spanie. Włosy jak włosy, nigdy wcześniej nie miałam z nimi problemów i w ciąży to się nie zmieniło. Zęby na szczęście bez przykrych niespodzianek. Rozstępy? Pomimo dodatkowych 34 kg w pierwszej i 17 kg w drugiej na szczęście pojawiły się tylko na biuście, który przy okazji karmienia piersią zrobił się ogromny i bardziej przypominał sztuczny niż ten matki karmiącej.
Jak już kiedyś pisałam zostałam mamą w wieku 18 lat, byłam wtedy w drugiej klasie liceum. Wiedząc, że rodzić będę w trakcie roku szkolnego, a w ciąży zawsze mogą pojawić się komplikacje cały materiał zaliczyłam dużo wcześniej. I dobrze zrobiłam, bo od marca mój ginekolog z racji wcześniejszego rozwarcia zalecił mi leżeć i odpoczywać. A że leżenie mi nie leży, to zanim rozpoczęła się akcja porodowa miałam 4 cm rozwarcia.
W drugiej ciąży na szczęście takich ekscesów nie było. Do szpitala jechałam z 1,5 cm rozwarciem, a pracowałam do 8 miesiąca. Choć nie powiem. I teraz bez problemów się nie obyło.
Porody? Dwa całkiem podobne, ale bardzo różne.


Historia nr 1

Pierwszy poród wspominam bardzo dobrze, ale może wróćmy do 9 miesiąca ciąży. Płakałam. Dużo płakałam. Bałam się czy wszystko z dzieckiem w porządku, bałam się niesamowicie. Ba! Bałam się czy żyje. Miewałam okresy kiedy Aurelia przez kilka godzin w ogóle się nie ruszała Więc płakałam w słuchawkę lekarzowi (podziwiam jego żonę za cierpliwość i że musi znosić takie ciężarne wydzwaniające do jej męża w środku nocy). Ostatnia wizyta. Trochę ponad tydzień przed terminem. Na USG wszystko ok - gotowa do porodu i mama i dziecko, tylko trzeba zaczekać jeszcze na rozpoczęcie akcji. Czekać? Absolutnie nie będę czekać, (bo zwariuję) jeśli już mogę rodzić. Nie, jeszcze nie dziś, ale jutro Tak, postanowiłam urodzić nazajutrz. Dostałam skierowanie do szpitala i doktor zasugerował, żebym powiedziała, że mam nieregularne skurcze coby mnie do domu nie odesłali. "Ale ja doktorze chcę jutro urodzić. Nie za tydzień. Nie chcę leżeć i czekać bo zwariuję" "O nic się nie martw. Wyśpij się, bo jutro zostaniesz mamą."


Dzień sądu

Wtorek 18 maja 2010 roku.
Piękna pogoda, ciepło, słonecznie i pewnie byłby to dzień jak co dzień, gdyby nie fakt, że tego dnia zamierzałam urodzić. Wstałam rano, wykąpałam się, mój wtedy jeszcze chłopak pomógł mi się ogolić i został przeze mnie oddelegowany do szkoły, którą też jeszcze kończył. Na co on mi w tym szpitalu potrzebny? Przecież ja będę rodzić pewnie co najmniej 10 godzin, także wszystko na spokojnie. Ba! Ja nawet jeszcze rodzić nie zaczęłam! - pomyślałam. 
Po kąpieli ubrałam się, zjadłam już nawet nie wiem co, zrelaksowałam się, dopakowałam torbę i byłam gotowa do wyjścia. Po 10 z uśmiechem na ustach wsiadłam do samochodu rodziców i pojechaliśmy do Lublina (rodziłam w szpitalu Jana Bożego dwa razy - polecam). Tam papierologia itd. Potem KTG, badania... W międzyczasie wygoniłam rodziców. "Ja sobie radę dam. Zadzwonię jak będę rodzić. Pa." Personel zdziwiony, że taka młoda, bez stresu za to z uśmiechem na ustach...
No to jazda! KTG raz, KTG dwa, bo źle się pisało. Badanie. "Oj Pani z dużym rozwarciem." Wiem co najmniej od dwóch miesięcy, ale siedzę cicho. " Ma pani skurcze?" "Tak" Co ile czasu?" Cholera, nie wiem co ile takie skurcze są. Co godzinę, 5 minut? Trzeba było gdzieś na ten temat poczytać... Kazał mówić, że są. "Nieregularne." Całe szczęście nie drążyła dalej. Odesłały mnie na trakt, jakiś studenciak wziął moją torbę. Przyszła położna. Młoda, atrakcyjna, uśmiechnięta i przesympatyczna. Przedstawiła się Agnieszka Była tak miła i cierpliwa. Odpowiedziała na milion moich pytań, z których żadne nie dotyczyło tego co się będzie ze mną działo lecz jej pracy. Jestem pełna podziwu wobec tych kobiet... Ale powróćmy do sedna sprawy.
Jako, że leżałam już na trakcie porodowym, a w tym jednym dniu rodziło 7 innych kobiet ruch był jak na Marszałkowskiej. Skurzy ani widu ani słychu. Dostałam oksytocynę i po kilku minutach pojawiły się pierwsze skurcze. Z początku były słabiutkie jak lekkie zakwasy. Napisałam do Dominika, ale kazałam jeszcze nie przyjeżdżać, przecież to dopiero początek. Pani Agnieszka przebiła mi pęcherz, żeby podkręcić tempo i bardzo szybko bóle stały się mocniejsze, więc znowu napisałam do ukochanego, że może jednak by przyjechał,. Siadłam pobujać się na piłce. Zadzwoniłam do mojego lekarza, że rodzę a on dopiero za 2 godziny ma dyżur. Na szczęście pojawił się po kilkunastu minutach w szpitalu i nie zostawił mnie do końca nawet na chwilę. To dla mnie na prawdę dużo znaczyło,czułam się bezpiecznie (w sumie o cały poród czułam się rewelacyjnie). Była godzina 14, może kilka minut po, kiedy poprosiłam o znieczulenie i dostałam coś do kroplówki. Wciąż uśmiechnięta zaciskałam zęby z bólu i żartowałam sobie z położnymi. Od tego czegoś w kroplówce kręciło mi się w głowie, adrenalina również działała swoje i czułam się jakbym śniła. W trakcie skurczy oddychałam tak jak uczyli na szkol rodzenia i te ogromne dostawy tlenu i środek przeciw bólowy sprawiły, że pani Agnieszka i lekarze byli x 3, z czego  ciągle się śmiałam. 
W  pewnym momencie pojawiły się bóle parte. A to w połączeniu z masowaniem szyjki było czymś okropnym. Nacięli mnie. Parłam trzykrotnie i krzyknęłam raz. Byłam z siebie dumna, po tym jakich dźwięków się nasłuchałam. Skończyło się. No jeszcze tylko łożysko i zszycie. Położyli mi na pierś to maleństwo. Była cała w mazi i krwi i bynajmniej nie przypominała dziewczynki lecz jakiegoś ufoludka., ale była piękna. Moja. Zdrowa, cała, bez wad. I taka bezbronna. Cieszyłam się i płakałam ze szczęścia. Moje pierwsze słowa? "O Boże jaka ona piękna. Ja mam dziecko, doktorze ja mam dziecko, czy to niesamowite?" I wyłam jak bóbr ze wzruszenia i śmiałam na przemian. A Dominik? Nie zdążył dojechać Wszedł na salę ok 30 sekund po narodzinach Aurelii.
Skończyło się. Opadło ze mnie to uczucie,ten lęk o nią, strach czy wszystko będzie w porządku. Za to pojawiła się miłość i nowe uczucie - już nie strach lecz troska, która towarzyszyć będzie mi do końca życia.
Cały poród z uśmiechem. Było idealnie, nawet nie bolało tak bardzo (skala bólu: pierwszy poród 6, ból zęba 8, drugi poród 10 pkt).

Aurelia urodziła się 18 maja 2010 roku tydzień przed terminem o godzinie 15.05, ważyła 3350 g a mierzyła 53 cm.


Historia nr 2

Od maja w mieszkaniu miałam remont zatem z racji pyłu, kurzu i oparów farby przeniosła się na ten czas z Aurelią do rodziców na wieś. Było o tyle łatwiej, że od kilku dni byłam już na zwolnieniu, więc nie musiałam dojeżdżać do pracy. Dominik zaś przeniósł się do swojego ojca. Prawie miesiąc mieszkaliśmy osobno. Widywaliśmy się w weekendy i czasami w tygodniu jak pojechałam na kontrol do naszego mieszkania. Byłam sfrustrowana, bo strasznie mi go brakowało, czułam się fatalnie. Mój małż na 7 chodził do pracy, potem jeździł po sklepach budowlanych lub tartakach i remontował mieszkanie. Trochę sam, trochę z moim tatą. Ja nie miałam siły na pilnowanie 4 latki, nie radziłam sobie ze względu na złe samopoczucie, nie byłam w stanie biegać za nią po dworze. Pilnowały w dużej mierze ją moja mama i babcia. Szybko się denerwowałam. Mąż przyjeżdżał, żeby mi trochę pomóc. Remont się przeciągał. A brzuch stawiał się od 2 miesięcy. Któregoś dnia odszedł mi czop. Oho! A remont? Końca nie widać. Miało być tak szybko, to w trakcie musiałam przecież coś wymyślić, kuć ściany, pokój kuchnia, przedpokój, podłoga, futryny... Nie mieliśmy nawet połowy materiałów na meble. Praca w ruch. Coraz częściej pojawiałam się w naszym M w charakterze kierownika. Do tego wszystkiego stres, słaba oscylacja ruchów płodu na ktg. 
Piątek. Mój ginekolog (ten sam) dał mi skierowanie do szpitala O nie! Remont nie skończony. Nie mogę jeszcze urodzić, bo gdzie ja będę mieszkać? Ja chcę mieszkać w moim mieszkaniu, z moim mężem! 
Prysznic, pakowanie pozostałych rzeczy do torby, pożegnanie Aurelii, kierunek Lublin. Zostałam w szpitalu na patologii ciąży. Zostałam sama z książką i tabletem. Nikt mnie nie odwiedzał (no raz mi rzeczy przywieźli), bo wszyscy zajęci remontem, sprzątaniem Aurelią, itd. Na sali leżały ze mną świetne dziewczyny, było miło i wreszcie mogłam odpocząć. Tego mi było trzeba. W niedzielę na wieczornym USG wszystko było w porządku. W poniedziałek 9 czerwca pani ordynator (fajna babka :)) zadecydowała, że mam rodzić.  "O co chodzi?" zapytała jak zobaczyła moją minę. "Remont. Jeszcze mam w domu remont." "To się muszą pospieszyć."
Nie bałam się porodu. Cieszyłam się, że niedługo powitam na świecie naszego syna. Jednak termin miałam na 28 czerwca, więc byłam nieco zaskoczona.


Akcja, czas start!

Po wyjściu z gabinetu poszłam pakować swoje rzeczy. Jak dobrze, że rano zdążyłam umyć głowę. Szkoda, że nie zdążyłam zjeść śniadania, bo przymierałam z głodu. Zadzwoniłam do męża, żeby przyjechał, bo znowu nie zdąży. Dziewczyny dodały mi trochę otuchy i poczłapałam powoli na porodówkę. Ulokowałam się na tym łóżku i czekałam na położną. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu Borysa odbierać miała pani Agnieszka. Tak, ta sama Agnieszka co 4 lata wcześniej Szczęśliwy zbieg okoliczności. I już wiedziałam, że będzie szybko. Ale tego co było potem to nawet nie śmiałam sobie wyobrażać O 8.10 zostałam podłączona pod oksy, po kilku minutach z lekką pomocą odeszły mi wody i zaczęły się skurcze. Nie były takie lekkie jak przy okazji pierwszego rozwiązania lecz na prawdę nieprzyjemne. Dostałam czopek na zmiękczenie szyjki. Po kolejnych kilku minutach, tzn. jakiś 2- 3 były wręcz potworne i marzyłam o znieczuleniu. Skurcze co2 minut. Kosmos. Bóle krzyżowe - masakra. "Pani Agnieszko może ja bym tego gazu powąchała, albo cokolwiek, bo nie dam rady tak jeszcze przez kilka godzin." Skurcze były tak bolesne, że wręcz nie do zniesienia (a jednak). Czułam się jak na haju. Skurcz, oddychanie i niemalże odlatywałam z bólu, żeby za chwilę na dosłownie momencik odetchnąć i od nowa. Coś strasznego. Cieszyłam się, że mojego mężnie było, bo nie wiem czy wytrzymałby ten widok mnie zwijającej się w męczarniach dzięki bólom krzyżowym. Przy okazji skurczu pani Agnieszka sprawdziła rozwarcie, żeby zdecydować jakie znieczulenie mogę dostać i tu zaskoczenie. Trochę niemiłe, bo ja na prawdę chciałam sprawdzić jak ten gaz działa. "9 cm. Za późno na znieczulenie, Zawołaj jak będą bóle parte." Kurcze niech to będzie szybko, bo umrę z bólu. Chciałam zadzwonić do męża. Nie wiem czy zadzwoniłam, czy napisałam czy nie zrobiłam nic. Byłam w takim szoku, że nie docierało do mnie nic oprócz tego, że muszę przeć. Zmieniłam łóżko na fotel. Parłam czterokrotnie. Bałam się niesamowicie. Uczucie uciskania główki na kości miednicy były tak intensywne, że bałam się czy się zmieści. Na szczęście udało się i trzy tygodnie przed terminem o godzinie 8.55 na świecie pojawił się Borys. "ładnego mam synka. Doktorze niech pan zobaczy jaki on śliczny." powiedziałam do lekarza, gdy mały już leżał na moich piersiach. Podziękowałam położnym za wspaniałą robotę, za to że pomogły w przeprowadzeniu mojego dziecka na  tę stronę, że jest cały i zdrowy. Wyparłam jeszcze łożysko, ktoś przeciął pępowinę (nawet nie wiem kto, bo zbyt byłam zajęta tym stworkiem co to dopiero ze mnie wyszedł) i przewiozły mnie na salę poporodową, żebym mogła jeszcze przez 2 godziny nacieszyć się maleństwem zanim zabiorą go na badania. Po kilku minutach wszedł na salę mąż. "Znowu nie zdążyłem." "No cóż, też jestem w szoku, że to tak szybko." Wszyscy byli w szoku. Położne śmiały się, że jestem rekordzistką. Mój poród trwał 45 minut, ale bolało jak diabli. Narodziny Aurelii przy tym to pikuś. Z racji wilczego głodu zostałam nakarmiona przez Dominika. I tak leżałam sobie z błogim spokojem, że już po wszystkim. Jak się okazało, to przez kolejne 2 dni były jeszcze mocne bóle obkurczającej się macicy. Po trzech dniach wypuścili nas do domu i od tamtej pory jest nas już czworo.
Mimo bólu nie do opisania cieszę się, że dwukrotnie mogłam rodzić siłami natury. Przeżycie jest niesamowite, to było coś pięknego, a pierwszy dotyk naszego ciała do ciała dziecka jest na prawdę magiczną chwilą. Czułam wtedy, że tworzy się między nami niesamowita więź.

Borys urodził się 9 czerwca 2014 roku o godzinie 8.55, ważył 3540 g i mierzył 54 cm. 


Do tych, które nie wiedzą :). Po cesarskim cięciu również mogą być skurcze macicy, która zawija się po porodzie. 
A co do remontu, zakończył się dnia następnego po narodzinach syna. Dwa kolejne dni trwało sprzątanie i zwożenie rzeczy, a mi zostało tylko wprowadzić się na gotowe. No prawie gotowe, bo jeszcze musiałam tylko wszystko rozpakować.

Nowe życie. "Nowy" dom. Nowi my.

2 komentarze:

  1. Wzruszyłam się Twoimi opisami :)
    Każdy poród jest inny, ale dzieciaczki Twoje do siebie podobne.
    A Ty rekordzistka faktycznie jesteś, mimo wszystko masz miłe wspomnienia z porodów, bo masz dwoje wspaniałych dzieciaczków.
    Bardzo kochasz te swoje dzieciaczki, aż się miło czyta.
    Oby zdrowo rosły i się świetnie rozwijały.

    OdpowiedzUsuń